Monday, July 7, 2008

Lato takie, że szkoda gadać

W dzisiejszym blogu nie będę pisać o tym jak mama przyłożyla palec do blendera
a ja do gorącego garnka. Bo obie nadal mamy po 10 palców więc w sumie nie ma o czym mówić.
Ani o tym jakie mamy lato w Dublinie. Bo też nie ma o czym mówić.



Na podłodze jest fajnie ale jak sie zadrze głowę do góry to można zobaczyć więcej.
Tzn zobaczyć, chwycić i zjeść. Bo nie ma rzeczy niejadalnych. Mój ranking fajnych rzeczy do jedzenia:
  1. brązowe kapcie taty
  2. niebieskie buty mamy
  3. wielka zielona świeca
  4. kosz na śmieci
  5. płyty z muzyką
  6. słodkie ziemniaki
  7. marchewka i rzepa z ryżem
  8. owoce.
Tak naprawdę to owoce są na pierwszym miejscu. Bardzo lubię. Przy okazji - uporządkowałam tacie płyty. Nie był bardzo zadowolony, ciekawe czemu, przecież nie zrobiłam nic złego (czy te oczy mogą kłamać?)



Główne centrum dowodzenia znajduje się tutaj, czyli pod stołem. Położenie jest strategiczne - blisko i do zielonej świecy i do płyt. Rzut słonikiem do drzwi na ogród. A najważniejsze, że widzimy przeciwnika, a on nas nie. Kiedy się tego najmniej spodziewa - przystępujemy do błyskawicznego ataku.



Nadal chodzę na imprezy, ale raczej w weekendy bo w tygodniu nie ma czasu. W niedzielę byłam u Zofinki i Kubika a potem u Pisków, wynieśli się z Dundrum i teraz (tak jak my) rezydują pod Dublinem. Szczepany też wpadły - to był bardzo miły dzień.

No comments: