a ja do gorącego garnka. Bo obie nadal mamy po 10 palców więc w sumie nie ma o czym mówić.
Ani o tym jakie mamy lato w Dublinie. Bo też nie ma o czym mówić.
Na podłodze jest fajnie ale jak sie zadrze głowę do góry to można zobaczyć więcej.
Tzn zobaczyć, chwycić i zjeść. Bo nie ma rzeczy niejadalnych. Mój ranking fajnych rzeczy do jedzenia:
- brązowe kapcie taty
- niebieskie buty mamy
- wielka zielona świeca
- kosz na śmieci
- płyty z muzyką
- słodkie ziemniaki
- marchewka i rzepa z ryżem
- owoce.
Główne centrum dowodzenia znajduje się tutaj, czyli pod stołem. Położenie jest strategiczne - blisko i do zielonej świecy i do płyt. Rzut słonikiem do drzwi na ogród. A najważniejsze, że widzimy przeciwnika, a on nas nie. Kiedy się tego najmniej spodziewa - przystępujemy do błyskawicznego ataku.
Nadal chodzę na imprezy, ale raczej w weekendy bo w tygodniu nie ma czasu. W niedzielę byłam u Zofinki i Kubika a potem u Pisków, wynieśli się z Dundrum i teraz (tak jak my) rezydują pod Dublinem. Szczepany też wpadły - to był bardzo miły dzień.
No comments:
Post a Comment